Wstęp fabularny

Wojna wisi w powietrzu. Odkąd pamiętam, wojna wisi w powietrzu. Widać to po stadach wron, które przelatują nad miastem. Widać to w toksycznych oparach unoszących się rano nad wastelandem. Widać to w spojrzeniach ludzi mijanych na ulicy.

 

To są małe rzeczy, drobne gesty. Postronny obserwator mógłby je zignorować… ale kiedy już znasz wzór… kiedy wiesz, czego szukać… widzisz.

 

Widzisz to jak ścieżkę Promienia bezlitośnie wiszącą nad Zgorzel. Wiesz dokąd ona prowadzi, i wiesz, że kiedyś za nią pójdziesz. Jeszcze nie teraz, jeszcze się oszukujesz. Ignorujesz jej zew, zajmując się codziennymi sprawami. Ale gdzieś tam, głęboko we wnętrzu swojej głowy zaczynasz się spinać. Siedząc w VRze widzisz podążające za Tobą świetliste cienie. Wychodząc na ziemie jałowe czujesz, że obserwują Cię mali ludzie w pelerynach przeciwchemicznych. Przechadzając się między straganami miasta gromadzisz ekwipunek, okłamując się, że nigdy się nie przyda.

 

Całe miasto się tak okłamuje.  Tak naprawdę wszyscy przygotowują się na coś dużego. Na tą iskrę, która doprowadzi do wybuchu. Gromadzą zapasy. Czają się jak szczury w najgłębszych norach slumsów.

 

Całe Zgorzel wyczekuje. Mieszkańcy prowadzą negocjacje i handel z Lud i Topeką, jednocześnie próbując wybadać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Czy ktokolwiek jest przyjacielem? 

 

Tak, pomogliśmy Topece odeprzeć ostatni najazd. Tak, sprzedaliśmy Lud technologie uzdatniania wody. Ale część uchodźców z Topeki wysłaliśmy na roboty przy oczyszczaniu slumsów z toksycznego wycieku. Część naszych patroli nie wraca. Na granicach zdarzają się wymiany ognia pomiędzy grupami podróżnych.

 

W czasie napięcia w ludziach budzą się bestie. Niektórzy trzymają je na grubych łańcuchach, inni… inni wypuszczają je nocą na polowania.

 

Świat poszedł naprzód. Wszyscy to czujemy. Czasem mam wrażenie, że zamyśliłem się na moment, a minęły całe godziny. Nie pamiętam co robiłem. Czasem zapominam o całych dniach.

 

 

Miasto na coś czeka. Nędzarze i netrunnerzy ze slumsów wyłażą na powierzchnię i węszą. Wystawiają blade, nienawykłe do słońca twarze, połyskują wytartymi złączami do VRu. Mieszkańcy częściej patrolują okolicę pomimo skażenia, uważniej patrzą na ręce wszystkim dookoła. Zbierają się w niewielkie grupki i dyskutują szeptem. 

 

Pracownicy podmiejskiej farmy, skupieni w skleconych byle jak barakach i favelach przykładają się do roboty, jakby od tego miało zależeć ich życie.

 

Wszyscy z wyczekiwaniem spoglądają na wasteland, wzdłuż ścieżki promienia. Co przyniesie kolejny skażony opad? Kto przywędruje starą drogą obok dawno wyburzonych kaplic, obozów i strażnic? Jakie abominacje kryją się na ziemiach jałowych?