Pieniądze to nie wszystko

Słonko zachodzi, w oddali  można już dojrzeć światła jakiegoś zadupia pełnego ludzi, wiatr ucichł zupełnie, słychać kichnięcie z pół kilometra. Łysa spojrzała na Billego Cocka unosząc znacząco brew. Zrozumiał ją bez słów, to idealne warunki na zasadzkę. Już podczas poprzedniej podróży upatrzyli to miejsce. Tą ścieżką robią sobie skrót głównie poszukiwacze złota i co odważniejsi handlarze, idealni kandydaci do rabunku. Billy nie jest za bystry, ale akurat na tyle żeby posłuchać koleżanki i schować się za powalonym drzewem. Tylko męczy go strasznie, że ta panna  go ciągle ucisza. No bo jak ją zbajerować jak się odezwać nie można, a też samemu się za nią zabrać mu się nie uśmiecha po tym jak skończył ich trzeci kompan. Ponure rozważania o miłosnych rozterkach przerwała Billemu okazja szybkiego zarobku. Długo się naczekali -  jakieś pół butelki samogonu, tak na oko to trwało, ale się opłaciło. Najpierw usłyszeli nucenie tej idiotycznej ballady o jakimś lamusie ze Zgorzel, Łysa tak się uśmiechnęła, że nawet kojot miałby ciarki, więc Billy nie czekając na dalszą zachętę wyskoczył na drogę wymachując gnatem w stronę nieszczęsnego przechodnia. Nie dość, że sobie skubaniec podśpiewywał, to jeszcze w ogóle jakoś się nie przejął dwójką zamaskowanych już postaci, tylko się cofnął od małego wózeczka i posłusznie podniósł ręce. Łysa z dzikim śmiechem, powiewając skrawkami włosów innych ludzi, które sobie przyczepiała sukcesywnie do łba, podskakiwała dookoła wózka szukając czegokolwiek do sprzedania. Cock zaś ochoczo zabrał się do przetrzepywania kieszeni handlarza. Na wózku same śmieci były, rozwścieczona Łysa wywaliła wszystko na drogę i zaczęła kopać jak najdalej jakieś małe elektroniczne płytki i takie śmieszne dzyndzyki długości kciuka. Billy nie poddał się tak łatwo, bo handlarz (przedstawił się jako Daktyl) wyglądał na zbyt porządnie ubranego, jak na biedotę. Rozebrał więc typa i przeszukał go, dogłębnie go przeszukał. Znalazł w jego bucie jednego Gibsona, w kieszeni tylko więcej tego szmelcu z wózka. Ostatecznie zabrali handlarzowi ubranie i puścili wolno w kalesonach, po co zabijać takiego przegrywa, co to się jeszcze sam poddał? Rozczarowani dokończyli samogon i ruszyli w stronę miasta. Jakie było ich zaskoczenie, gdy tam dotarli. Swojego nowiutkiego jednego Gibsona mogli sobie bowiem wepchnąć w dupska, natomiast dzyndzyki, którymi Łysa kopała na odległość w pole okazały się nazywać PENDRIVE i skrywać pieniądze wszystkich mieszkańców miasta. To nie był zbyt udany napad.

Foto by OKIEM KRUKA